NAJWIĘKSZA KATASTROFA KOSMICZNA- CHALLENGER

By | 04:50:00 6 comments
Większość katastrof na lądzie, w powietrzu czy wodzie uwarunkowane jest brakiem zachowania odpowiednich procedur bezpieczeństwa. Nawet tak solidne organizacje jak NASA miały okazje się o tym przekonać na własnej skórze. A co jeśli do tego dochodzi bałagan w organizacji i lekceważenie zdania pracowników?

Misja 51-L, o której dzisiaj mowa, była częścią amerykańskiego programu o nazwie Space Transportation System. (w skrócie STS) Oficjalną działalność rozpoczął w roku 1972. 28 stycznia 1986 roku miała odbyć się już 25 wyprawa organizacji. Docelowo różniła się od innych- wśród załogi znajdowała się nauczycielka, której zadaniem było przeprowadzenie 2 lekcji z orbity. Wykłady planowano wyemitować w telewizji dla wszystkich Amerykanów.

załoga Challengera

Określona godzina odlotu: 11:38. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Po 73 sekundzie misji, Challenger eksplodował. Rozłóżmy jednak to wydarzenie na czynniki pierwsze:
O godzinie 11:38:0,0587 włączono silniki wspomagające. Jednak już 0,4 sekundy później doszło do awarii. Okazało się, że z prawej rakiety zaczął wydobywać się czarny dym. Jest on widoczny na zdjęciach do 12 sekundy lotu. 




Nie zauważono żadnej nieprawidłowości aż do 58 sekundy od wystartowania. Dym pojawił się ponownie, a następnie ukazał się intensywny płomień. Wypalał on coraz większy otwór w ściance silnika.
Płomień w 60,467 sekundzie przechylił się w stronę obejmy, która mocowała rakietę wspomagającą. W ciągu zaledwie 4 sekund, uszkodzenie powiększyło się, a ogień wypalił niewielki otwór w zasobniku z ciekłym wodorem. 


Kolejne uszkodzenie, czyli pęknięcie dolnego trzpienia nastąpiło w 72 sekundzie lotu. Pojazdem targnęło na prawą stronę. W 72,281 sekundzie złamało się skrzydło Challengera i w mgnieniu oka dziób rakiety wbił się w zbiornik ciekłego tlenu. 72,884 sekunda- odpada tylna część rezerwuaru ciekłego wodoru. Substancja wylała się do atmosfery. Kolejne następstwa miały miejsce w 73,200 sekundzie lotu, bo właśnie wtedy, gwałtownie rozprzestrzeniła się potężna eksplozja ku przedniej części silnika. Silniki wahadłowca nadal pracowały. W 73,605 sekundzie odebrano ostatni bit danych telemetrycznych od Challengera.
Kabina wynurzyła się z ognia nienaruszona, a po chwili spadała z prędkością 333 km/h i uderzyła w Ocean Atlantycki. Załoga zginęła najprawdopodobniej dopiero po uderzeniu.



Momentalnie rozpoczęto poszukiwania, które trwały do końca maja. 6 czerwca świat poznał przyczyny wypadku. Okazało się, że uszczelki między segmentami prawego silnika nie funkcjonowały prawidłowo. Tak naprawdę, awaria nastąpiła już w chwili startu, więc katastrofa była nieunikniona. Wyróżniono 3 możliwości, dlaczego uszczelki nie działały poprawnie. Ustalono, że jednym z motywów była niska temperatura. Wynosiła ona zaledwie 2°C, a to oznacza, że była najniższą podczas startów wahadłowców. Dodatkowo, podejrzewano obecność lodu w złączu. Przed startem widziano obłoczek pary. Oznacza to, że mogła dostać się tam woda i zamarznąć. Trzeci motyw to niedopasowanie segmentów. Jeśli były one wciskane na siłę, to jest prawdopodobieństwo, że zostały uszkodzone. Podczas śledztwa wyszło na jaw wiele żenujących informacji o NASA. Przykład? Problem z uszczelkami trwał od dawna, ale nikt nie potraktował go poważnie.


wydobywanie szczątek maszyny

Katastrofa była ogromnym ciosem dla NASA i samego programu Space Shuttle- stracono załogę i orbiter. Dlatego przystąpiono o przyznanie funduszy na budowę nowej maszyny. Dofinansowanie otrzymano. Wstrzymano również loty do września 1988 roku. NASA zaostrzyła rygory bezpieczeństwa lotów kosmicznych. Na szczęście wprowadzono dodatkowe środki ewakuacji załogi i poprawiono jakość przygotowań przedstartowych.
Zastanawia mnie jedynie fakt, dlaczego takie działania podejmuje się dopiero po prawdziwych nieszczęściach? Loty kosmiczne przerażają wielu ludzi, nadal są czymś intrygującym, a ponadto prawda jest taka, że znamy mały element Wszechświata. Czy nie lepiej więc być ostrożniejszym? Bezpieczeństwo było od zawsze ważne dla naukowców, jednak zaczęto przykładać do tego jeszcze większą wagę. Szkoda, że lot się nie udał. Przeprowadzone lekcje w przestrzeni kosmicznej mogłyby być hitem na świecie. A Wy co sądzicie na ten temat?

Jeśli chcecie być na bieżąco z tym, co dzieje się na blogu, to zachęcam do polubienia strony na facebooku: maszyny okiem dziewczyny. (Po prawej stronie)
A jeżeli macie ochotę się ze mną skontaktować, to możecie śmiało pisać na e-maila maszynyokiemdziewczyny@wp.pl

Źródło:
"Samoloty kosmiczne"- Jacek Nowicki, Krzysztof Zięcina
Nowszy post Starszy post Strona główna

6 komentarzy:

  1. Witaj, dobrze że piszesz o takich rzeczach. Trafiłam na Twojego bloga przypadkowo gdy jakieś blogujące dziecko się z Tobą kłóciło i nie żałuję.
    Dobrze że tu trafiłam i będę częściej.
    Buziak

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co to za blogujące dziecko? Z chęcią bym przeczytała ową kłótnię, "uwielbiam" takich użytkowników :D

      Usuń
    2. Pousuwala część moich komentarzy a szkoda ;__;
      http://inspiracjeamelii.blogspot.com/2015/07/samoakceptacja.html?m=1

      Usuń
  2. Straszna katastrofa. Wielokrotnie gdy o takich czytam, zastanawiam się czy te osoby zdążyły coś poczuć czy może śmierć przyszła tak szybko, że chociaż odeszły bez bólu (pewnie dziwna jestem, że tak rozmyślam nad śmiercią, ale jakieś już mam takie zboczenie).

    OdpowiedzUsuń
  3. no cóż zdarza się, pewnie astronauci są przygotowywani na okoliczność śmierci, zdarzyło mi się zastanawiać w jakim stresie musieli lecieć astronauci na księżyc, to musi być niesamowity stres

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zgadzam się, stres i nerwy, ale wiesz- pasja robi swoje. Sama wiem po sobie, że pomimo adrenaliny, byłabym w stanie wsiąść do statku kosmicznego. :D Dla miłośników to prędzej okazja dla spełnienia marzen :D

      Usuń