FANTASTYCZNA KONFRONTACJA: SCI-FI VS RZECZYWISTOŚĆ #1 KSIĘŻYC

By | 04:36:00 Leave a Comment
Między prekursorskim wzbiciem się w powietrze braci Wright, a postawieniem nogi po raz pierwszy na Księżycu, minęło tylko 66 lat. I wydawałoby się, że po kilku podróżach oraz licznych badaniach, człowiek będzie rządzić tym obszarem. Owszem, rządzi- ale tylko w umysłach reżyserów. Jak wyglądają filmowe wizje związane z podbojem Srebrnego Globu? I jak przekładają się one na rzeczywistość?


Adnotacja!
Seria "Fantastyczna konfrontacja" to nie recenzja, ani nie ma na celu wyłapania aspektów filmów niezgodnych z prawami fizyki. Tutaj bierzemy pod lupę różnego rodzaju zagadnienia transportowe, takie jak czas podróży, sposób poruszania się po Kosmosie, czy metody podboju obcych ciał niebieskich, a następnie konfrontujemy je z rzeczywistą przeszłością, teraźniejszością i przyszłością.

"Moon" i "Iron Sky" to dwa stosunkowo nowe filmy. Pierwszy z nich powstał w roku 2009, a drugi- 2012. Ich fabuła, a także sposób ukazania Kosmosu są kompletnymi przeciwieństwami. "Moon" to dramat, opisujący historię samotnego pracownika na Księżycu, a "Iron Sky" jest komedią, która ulokowała nazistów na satelicie. Celem jednego filmu jest budowanie, drugiego- niszczenie. Myślę, że dla osób, które produkcji nie oglądały, taki wstęp wystarczy. Więcej szczegółów z historii w artykule poniżej. Bez spoilerowania oczywiście!


Na Księżycu byliśmy 6 razy, a ostatnio postawiliśmy na nim nogę 45 lat temu. Na dzień dzisiejszy możemy stwierdzić, że o Księżycu zapomnieliśmy- poza planami SpaceX, by wyprawić milionerów wokół Srebrnego Globu. Owszem, co jakiś czas niektóre państwa porywają się na ogłoszenie: wyślemy ludzi na Księżyc- Korea Południowa, Rosja, czy nawet Nigeria! Ale jak się okazuje- to tylko i wyłącznie rzucanie słów na wiatr. Nie jest to powód do dumy, bowiem snując dalekosiężne wizje o podbojach zarówno naszej, jak i innych galaktyk, musimy wpierw zadomowić się w naszym sąsiedztwie.

Co dobrego możemy zyskać z Księżyca? Film "Moon" odpowiada nam w zasadzie od razu! Podczas gdy na naszej rodzimej planecie walczymy z coraz to większymi brakami jedzenia, niemalże wygaszonymi światłami i innymi symptomami zwiastującymi upadek cywilizacji, okazuje się, że antidotum znajduje się "nad naszymi głowami". Mowa tu o... helu-3, którego na Księżycu nie brakuje, a Ziemianie wręcz go pożądają.

Kilka tysięcy razy droższy od złota surowiec występuje niezwykle rzadko na Błękitnej Planecie. Należy żałować- jego wagę świetnie oddają oba wspomniane w tytule filmy. "Moon" deklaruje, że dzięki spalaniu helu-3 na niewidocznej stronie Księżyca, dostarcza się energię aż dla 73% mieszkańców Ziemi. "Iron Sky" z kolei (którego jak to komedię, należy traktować z lekkim przymrużeniem oka) podaje, że z wydobytych 20 wież materiału, można zapewnić USA tysiąc lat energii. Wydajność energetyczna tego pierwiastka jest więc zniewalająca i to nie tylko na wielkim ekranie! Podaje się bowiem, że 1 tona helu-3 odpowiada   14 ton ropy naftowej. A zatem jeśli jego pokłady znaleziono by w Polsce, nasza ojczyzna stałaby się ważnym graczem na arenie międzynarodowej.

Ale bogactwa naturalne trzeba przecież w jakiś sposób pozyskiwać! I tutaj twórcy filmów sci-fi popadają ze skrajności w skrajność. Podczas, gdy w produkcji "Moon" główny bohater pracował w niewielkiej, samotnej stacji, "Iron Sky" uraczył nas widokiem niemalże tak okazałym jak "Odległy ląd" (a o nim w innej części serii). 

Góra- fragment wnętrza stacji Sarang z filmu "Moon", dół- stacja z filmu "Iron Sky"


Sam Bell (z filmu "Moon") zatrudniony w bazie Sarang spędza niemalże samotnie trzeci rok misji. Księżyc w "Iron sky" zamieszkują za to całe rodziny, a nawet znajdują się tu miejsca pracy i rozwoju. Fabuła drugiego filmu podaje, że jest rok 2018. I może nie mamy ani cienia szansy, by zbudować coś tak monumentalnego w przeciągu niecałego roku, lecz... szansa na jakąkolwiek inwestycję na Księżycu jest!

Naukowcy zamierzają zbudować na Srebrnym Globie niewielkich rozmiarów, samowystarczalną wioskę. Samowystarczalną, bo nie będzie zamieszkiwana przez Januszów i Grażynki, a przez specjalistów z wielu dziedzin. Niestety, żaden z omawianych przez nas filmów nie wspomina o metodzie budowy takiej bazy. Ale z wielu planów najróżniejszych przedsiębiorstw tworzy nam się całościowy obraz operacji: elementy budowli będą prawdopodobnie tworzone za pomocą umieszczonych na Księżycu drukarek 3D. Te z kolei montować będą ze sobą roboty sterowane na odległość przez inżynierów z Ziemi.  

Mówiąc o tworzeniu jakiejkolwiek inwestycji na innym niż nasza planeta ciele niebieskim, używamy liczby mnogiej. W porównaniu do filmu "Moon", gdzie bazą zajmowała się fikcyjna spółka Solar Industries, nie stawiamy tylko i wyłącznie na pracę NASA, ESA, czy innego potężnego przedsiębiorstwa. Z rozlicznych przyczyn. Bo skoro jesteśmy zdolni do podjęcia się pod względem technicznym takiego dzieła, ale mimo to, wciąż tego nie wprowadzamy w życie, to coś musi być na rzeczy. Prawda? 

Jednym z najważniejszych problemów są oczywiście pieniądze i trudność ufundowania bazy przez wyłącznie jedno przedsiębiorstwo. Nie żyjemy też w czasach zimnej wojny, gdzie dwa państwa przepychają się, by jak najszybciej wysłać człowieka w otchłań Kosmosu. A pod taką presją działały firmy, gdy poczyniliśmy prekursorskie kroki w zdobywaniu Wszechświata.

Dlaczego umiejscowić taką bazę akurat na Księżycu? Bo jest najlepiej nam znany i daje sporo możliwości! Przede wszystkim, transport jakichkolwiek ładunków z jego powierzchni jest 6 razy tańszy, niż z Ziemi. Astronauci, którzy będą w takim miejscu pracować, pozyskiwać będą energię do różnych urządzeń wprost ze Słońca. A że miejsc nasłonecznionych na naszym satelicie nie brakuje, to pozyskiwanie jakiegokolwiek napędu nie będzie sprawiało kolosalnych problemów. Warto również wspomnieć, że jakiś czas temu, naukowcy odkryli na lunarnych biegunach Księżyca, spore pokłady lodu wodnego. Jego istnienie jest o tyle ważne, że zatrudnieni mogą go używać do picia, nawadniania jedzenia, czy po rozbiciu na wodór i tlen wyprodukować paliwo rakietowe. 

Przykładowa wizja bazy na Księżycu w rzeczywistości, źródło: esa.int

Oszczędność pieniędzy jest kluczowa na dzień dzisiejszy w branży kosmicznej. Jednak całkowite cięcie kosztów jak się przekonaliśmy w filmie "Moon" może być ogromnym błędem. Dlatego też budowa całej wioski, a nie jednej bazy dla pojedynczej osoby jest zdecydowanie lepszym rozwiązaniem. Jak już napomknęłam wcześniej, Sam Bell był jedynym pracownikiem stacji Sarang, a jedynym towarzyszem- wierny robot Gerty. Na pierwszy rzut oka wydaje się być to całkiem ciekawa opcja dla introwertyków. Ale nie możemy zapominać o istotnym fakcie- człowiek mimo wszystko jest istotą społeczną, a odizolowanie od chociażby zaufanej grupy ludzi może się źle skończyć. 


Tak też się stało z Samem. Miał kontakt z Ziemią- mógł wymieniać wiadomości z pracownikami stacji naziemnej, a także z żoną. Przynajmniej tak było do czasu. Do czasu, gdy nie doszło do uszkodzenia satelity komunikacyjnego. I wydawałoby się, że na tyle bogate przedsiębiorstwo, które było w stanie wybudować bazę w Kosmosie, bez problemu podejmie się naprawy elementu. Nic bardziej mylnego- nikt się za to nie zabrał, a Bell właściwie nie mógł nawiązać z nikim kontaktu. Bez spoilerowania akcji napomknę tylko tyle, że niemożliwość rozmowy z innym człowiekiem bardzo źle wpłynęła na głównego bohatera.

Psychika ludzka jest kwestią nierzadko omawianą w temacie podróży kosmicznych. Im dalej, z tym większymi problemami będziemy musieli walczyć. Skąd możemy wiedzieć jak zachowa się człowiek w osamotnieniu i bez ziemskich warunków? Książka "Szturm na nieważkość" rosyjskiego astronauty Piotra Klimuka nie należy do tworów sci-fi, ale warto tu o niej choć trochę napomknąć (właściwie ja do niej odwołałam się nawet na tegorocznej maturze pisemnej z języka polskiego :D). W relacji z podróży Sojuzem 18 na stację orbitalną Salut 4, Klimuk wraz ze swoim kompanem Witalijem Siewastjanowem zdradzali poczucie pustki w niebezpiecznym dla człowieka Kosmosie. Mówili o tęsknocie do ziemskich warunków, rodziny, grawitacji... Z takimi schodami zmierzyć się musieli także bohaterowie "Interstellar", więc samotność na dłuższe przemyślenia zostawimy na dalsze wędrówki w Kosmosie.

Ciekawą kwestią może być także czas podróży z Ziemi na Księżyc, który mogliśmy ujrzeć w filmie "Iron Sky". Bohaterowie rozwijali tak niebotyczne prędkości, że można spokojnie powiedzieć, iż zajęło im to zaledwie... kilka minut. Jak to się przekłada na rzeczywistość? W trakcie serii misji Apollo, astronauci przedostawali się z jednego ciała niebieskiego na drugie w przeciągu kilku dni, a najkrótszy czas jaki osiągnęli to 3 dni i 49 minut. Jak się okazuje, ówczesna technologia, a konkretniej rzecz ujmując, trzeci stopień Saturna V, mógł rozpędzić rakietę do trzykrotnie większej prędkości, czyli 4,5 km/s. A dzięki temu, cała podróż zajęłaby zaledwie 1 dzień. Astronauci poruszali się jednak 1,5 km/s. Czym było to spowodowane? Odpowiedź wydaje się być prosta- grawitacja Księżyca jest na tyle słaba, że nie byłaby w stanie wyhamować tak mocno rozpędzonej maszyny!

Oczywiście, filmów związanych z naszym satelitą jest znacznie więcej- np. "Odliczanie", "2001: Odyseja kosmiczna", czy "Księżyc '44". A każda z produkcji przedstawia wizję wykorzystania, skolonizowania i podboju Księżyca na własny sposób. Umieszczenie tego wszystkiego jednak w jednym artykule byłoby niezwykle trudne. Możliwe więc, że do tematu Srebrnego Globu wrócimy niebawem.

Serię kontynuuję i poruszać będę nieporównywalnie dalsze zakątki Kosmosu. Mam nadzieję, że idea ta przypadła Wam do gustu! O jakich obszarach Wszechświata chcielibyście przeczytać najbardziej?






Z czego korzystałam tworząc artykuł:
www.esa.int
www.hel-3.pl
"Szturm na nieważkość"- Piotr Klimuk
"Czas Marsa. Dlaczego i w jaki sposób musimy skolonizować Czerwoną Planetę"- Robert Zubrin

Nowszy post Starszy post Strona główna

0 komentarze: